Geoblog.pl    rataj    Podróże    Szkocja 2026 - wyspa Skye    Niesamowity szkocki trekking (Sligachan - Elgol)
Zwiń mapę
2026
19
wrz

Niesamowity szkocki trekking (Sligachan - Elgol)

 
Wielka Brytania
Wielka Brytania, Elgol
POPRZEDNIPOWRÓT DO LISTYNASTĘPNY
Przejechano 1681 km
 
Pobudka była o siódmej, ale nie był to problemem biorąc po uwagę wczesną godzinę gdy szliśmy spać. Szybko zeszliśmy na śniadanie, za które musieliśmy zapłacić ekstra 18 GBP na osobę. Na Polskę nie jest tanio ale trzeba przyznać, że było bardzo smaczne. Po śniadaniu odebraliśmy nasze rzeczy z suszarni i o ile kurtki/spodnie wyschły to niestety buty były mokre i byliśmy zmuszeni ubrać je w takim stanie. Na szczęście suche skarpetki były najważniejsze i mokre buty okazały się tylko drobnym dyskomfortem. Na podstawie wcześniejszego rozpoznania wiedzieliśmy też, że ten szlak będzie najbardziej hardcorowy jeśli chodzi o chodzenie po mokradłach. W związku z tym już od rana zdecydowaliśmy się ubrać stuptuty. Przed 9 opuściliśmy hotel by wyruszyć na szlak. Tym razem planach był etap 5 szlaku Skye ze Sligachan do Elgol. Zaczęliśmy od pokonania mostu Sligachan Old Bridge, który wyglądem przypominał te budowane za czasów Cesarstwa Rzymskiego. Z tym mostem związana jest legenda głosząca, że zanurzenie twarzy na 7 sekund w lodowatych i zabarwionych torfem wodach rzeki Sligachan obdarza wiecznym pięknem. Coś w tym musiało być bo widzieliśmy ludzi leżących tam na kamieniach z twarzą przy, a może nawet w wodzie. Tuż za mostem znajdował się pomnik pionierów szkockiego alpinizmu oraz początek szlaku wzdłuż rzeki Sligachan, którym ruszyliśmy na południe. Początek był spokojny i ścieżka była wyraźnie wytyczona w porównaniu do tej z dnia poprzedniego. Kilometry dosyć szybko nam mijały i na 4 km dotarliśmy do pierwszej poważnej przeszkody, czyli całkiem sporej rzeki. Dzięki dobrze rozmieszczonym kamieniom przekroczyliśmy ją suchą stopą. Szliśmy dalej na południe i byliśmy bardzo zaskoczeni, że po drodze nie spotykaliśmy żadnych zwierząt. Spotkaliśmy za to brytyjską turystkę, która straszyła nas bardzo trudną do przekroczenia rzeką przed nami. Szkoda, bo liczyliśmy, że ta z 4 km była ostatnia. Na 5 km zaczęło ostro padać więc musieliśmy ubierać płaszcze przeciwdeszczowe. Deszcz trwał raptem kilka minut, a idąc dalej na 7 km wyszło już słońce. Była to już godzina 11:15 i cały czas utrzymaliśmy dobre tempo mimo tego, że 75% dystansu to było chodzenie po kałużach. Przedszkolakom z pewnością by się to spodobało, ale nam niekoniecznie. Na 7,5 km mieliśmy do pokolenia kolejną rzekę, która zdecydowanie nie była już taka łatwa jak ta poprzednia. Znacznie bardziej rwąca i miała mniej przyjazne kamienie. W związku z tym Grzegorz i ja zdecydowaliśmy się na pokonanie jej w klapkach. Buty wylądowały na plecaku, klapki na nogach, a nogawki podwinęliśmy do kolan. Tym sposobem udało się nam pokonać rzekę na sucho. Niestety nie wszystkim, bo Mikołaj uznał, że da radę bez klapek, a skończyło się to tym, że wpadł do wody i buty miał mokre. Na szczęście stuptupy zadziałały i ilość wody, która wlała się do butów była zdecydowanie mniejsza niż dnia poprzedniego. Na 9 km ponownie była do pokonania spora rzeka i ponownie skorzystaliśmy z klapek dzięki czemu nasze buty nadal pozostawały suche. Tuż za rzeką mijaliśmy całkiem spory staw, a wzdłuż niego ciągnęły się grzęzawiska, które musieliśmy pokonać i trzeba przyznać, że dawały się we znaki. Na szczęście skończyły się one po kilkuset metrach, a do tego były zdecydowanie łatwiejsze do pokonania niż te dzień wcześniej. Po dotarciu do 12 km naszym oczom ukazał się kolejny staw. Tym razem z plażą i stojącą przy niej łódką. Pogoda na szlaku cały czas była bardzo zmienna: raz świeciło słońce, a innym razem padało. Do tego cały czas przeplatały się momenty z huraganowym wiatrem. Na 13 km zbliżając się do wyjścia z doliny i widząc już ocean pierwszy raz tego dnia zrobiliśmy dłuższy postój na przekąski i herbatkę. Pokonanie kolejnych 2 km pozwoliło nam na dotarcie do brzegu oceanu, ale właśnie wtedy na 15 km dopadł nas deszcz z gradem. Padało może jedynie przez 15 min, ale za to bardzo intensywnie. To co zdążyło wyschnąć po deszczach z 5 km ponownie zostało wystawione na 15-minutową próbę. To wystarczyło by wszyscy byli mokrzy od stóp do głów, łącznie z butami w środku. Idąc w deszczu czuliśmy nawet jak po łydkach woda spływała do butów. Na szczęście deszcz szybko ustąpił, a wiatr który pozostał był całkiem ciepły więc dosyć szybko nas podsuszył. Na 16 km wędrówka zaczęła się od zmierzenia się z kolejną porcją grzęzawisk, ale tym razem nie robiły już na nas takiego wrażenia ponieważ buty i tak były kompletnie mokre więc mieliśmy większy luz. Po pokonaniu około 200-300 m trzęsawisk szlak szedł już wzdłuż wybrzeża oceanu. Było tam troszeczkę skałek do wspinania się, ale wszystko to było w miarę łatwe technicznie. Ten odcinek widokowo był jednym z najlepszych na dotychczasowej trasie, szkoda że podziwialiśmy go zmoczeni na maksa. Wzdłuż klifu szliśmy 3 km i nie było to łatwe. Od strony oceanu często mieliśmy stromą krawędź co już czyniło ten szlak niebezpiecznym, a na domiar złego cały czas bardzo mocno wiało. Na szczęście wiało od strony oceanu więc dopychając nas do do klifu, a nie odwrotnie. Na tym odcinku trasy spotkaliśmy pierwszą zwierzynę, czyli dwa jelonki przyglądające się nam z klifu. W połowie 17 km z wysokiego klifu zeszliśmy na kamienistą plażę przy wyjściu z doliny. Musieliśmy przekroczyć uchodząca do oceanu kolejną rzekę zanim w szalejącym wietrze ruszyliśmy dalej na szlak po klifie. O tym jak mocno wiał wiatr niech świadczy fakt, że idąc brzegiem klifu i mijając drobny strumyk, a jednocześnie szczyt wodospadu byliśmy oblewani przez wody tego wodospadu. Nie dlatego, że szliśmy pod wodospadem tylko dlatego, że wiatr od oceanu nawiewał tę spadającą wodę ponownie ponad klif prosto nam w twarz. Idąc po klifie były momenty, że po prawej stronie mieliśmy pionową ścianę i przepaść ponad 20 metrów w dół. Na innych odcinkach było bezpieczniej, ale mniej wygodnie bo przedzieraliśmy się przez krzaki niczym przez dżunglę. Z plecakami na sobie nie było to najprostsze. Brzegiem klifu szliśmy jeszcze około 1.5 km by kilometr przed końcem odbić w lewo w kierunku lądu. Ten ostatni kilometr pokonaliśmy już idąc łąką/pastwiskiem cały czas pod górę i tutaj na otwartej przestrzeni wiatr jeszcze bardziej dawał się we znaki. Cały czas musieliśmy walczyć i się przeciwstawiać bo wiatr próbował zrzucić nas ze szlaku. Ostatnie 4-5 kilometry pokonywaliśmy w bardzo wolnym tempie, ale cały czas brnęliśmy do przodu. Ostatecznie do celu czyli do Elgol dotarliśmy kilka minut po szesnastej. Całość trasy zajęła nam 7 h i 7 min (bez przerw 5:50 ), dystans 20.3 km i suma przewyższeń 731 m. Co ciekawe na całym ponad 20-sto kilometrowym szlaku spotkaliśmy jedynie 5 turystów. To bardzo mało biorąc pod uwagę dystans i renomę szlaku. Po zejściu ze szlaku bardzo szybko zameldowaliśmy się w naszej kwaterze czyli Bayview Bed and Breakfast Elgol (150 GBP). Znowu podczas marszu nie udało się uniknąć mocnego deszczu i dotrzeć do celu na sucho. Jak widać prognozy pogody na Szkocję trzeba czytać inaczej: zapowiadany deszcz to w rzeczywistości mocny deszcz trwający powyżej kilkunastu minut, zapowiadany brak deszczu to w rzeczywistości przelotne deszcze (nawet intensywne) trwające mniej niż pół godziny. Tutaj jak widać przelotne deszcze są naturalnym elementem życia i są tak oczywiste, że nikt nie zwraca na nie uwagi. W związku z tym nic dziwnego, że trekking zakończyliśmy mokrzy od stóp do głów. W hostelu szybko wyskoczyliśmy z mokrych ciuchów oraz przebraliśmy w suche. Na przywitanie nasz gospodarz Jonathan uraczył nas piwkiem z czego z przyjemnością skorzystaliśmy. Chwilę później o 17:30 ruszyliśmy w kierunku jedynej w tej miejscowości restauracji, a bardziej jadłodajni o nazwie Elgol Bistro. Nie było daleko bo to raptem 10 min piechotą pod górę i to jeszcze z wiatrem w plecy. Dotarliśmy tam w idealnym momencie bo chwilę po tym jak złożyliśmy zamówienie zaczęło konkretnie padać. Zamówiliśmy Fish & chips (21.5 GBP) oraz łososia na dwa sposoby (22.5 GBP). Według chłopaków wczorajszy Fish & chips w Sligachan było lepsze. Przy okazji konsumpcji nie obyło się bez tradycyjnego browara - tym razem z uwagi na ograniczony wybór wszyscy równo pili szkockiego Tennent’s. Posileni ruszyliśmy w drogę powrotną do kwatery. Niestety jak przystało na pogodę w Szkocji zostaliśmy zaskoczeni kolejną ulewą, do przejścia mieliśmy raptem 1000 m z czego ostatnie 400 było w deszczu. To wystarczyło byśmy wrócili cali mokrzy. Na naszym noclegu szybko rozwiesiliśmy co się da by jak najszybciej schło, a sami (z wyłączeniem Mikołaja) wybraliśmy się jeszcze do sali śniadaniowo – kominkowej gdzie przy śliwowicy wspólnie z parą amerykańskich turystów z Kolorado rozmawialiśmy o wspólnych turystycznych doświadczeniach. O 20:30 wróciliśmy do naszego pokoju. Mikołaj już dawno spał, a reszta też szykowała się do snu. Ponownie zweryfikowaliśmy prognozę pogody, która tym razem przynosiła dobre wieści bo kolejnego dnia miało być w większości słonecznie i bezdeszczowo. Po 22 zgasliśmy światło i poszliśmy spać.
 
POPRZEDNI
POWRÓT DO LISTY
NASTĘPNY
 
Zdjęcia (18)
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
Komentarze (0)
DODAJ KOMENTARZ
 
zwiedził 14.5% świata (29 państw)
Zasoby: 530 wpisów530 277 komentarzy277 3512 zdjęć3512 129 plików multimedialnych129
 
Moje podróżewięcej
16.09.2026 - 21.09.2026
 
 
30.06.2026 - 20.07.2026
 
 
12.06.2026 - 14.06.2026