O 9:15 zaraz po dojechaniu na miejsce założyliśmy nasze plecaki i prosto z dworca ruszyliśmy na naszą wyprawę. Najpierw mieliśmy do pokonania około 2 kilometry przez miasto. Po drodze zrobiliśmy jeszcze postój w Żabce na ostatnie zakupy. Na szlak weszliśmy po około pół godziny i zaczęliśmy marsz w górę. Początek jak to zazwyczaj prowadził szeroką, wygodną ścieżką przez las. Podejście było łagodne i szybko mijały kilometry. Pogoda też nie była zła, było raczej pochmurnie, ale nie padało. Pierwszy postój zrobiliśmy w schronisku Pod Łabskim Szczytem gdzie było już bardzo tłoczno i trzeba było czekać w długiej kolejce zanim mogliśmy zakupić coś do picia. Z miejscem siedzącym też nie było łatwo bo trzeba było polować na moment gdy coś się zwolni. Po krótkim odpoczynku ruszyliśmy dalej żółtym szlakiem w kierunku Śnieżnych Kotłów. Technicznie podejście było bardzo wygodne bo cały czas szliśmy po bardzo dobrze zrobionej i wygodnej ścieżce, ale początkowy fragment mocno dawał w kość gdy na odcinku nieco ponad kilometra mocno zyskiwaliśmy na wysokości. Dalsza część już nie była tak stroma i około 12 dotarliśmy do kolejnego z pośrednich celów czyli do Śnieżnych Kotłów gdzie zrobiliśmy krótki postój na odpoczynek oraz rozgrzanie się ciepłą herbatą. Widokami na kotły niestety się nie nacieszyliśmy bo praktycznie cały czas były przykryte chmurami. Nie czekaliśmy na okno pogodowe tylko ruszyliśmy w kierunku Śnieżki. Trasa grzbietami była już zdecydowanie mniej męcząca bo nie było już takich przewyższeń. Początek trasy, który biegł północnym zboczem Wielkiego Szyszaka mocno dał się we znaki z uwagi na mocny północny wiatr, który nawiewał chmury i skutecznie moczył wszystkich, którzy pojawili się na trasie chmur. Na szczęście w dalszej części trasy pogoda była trochę przyjaźniejsza. Szlak schodził raczej w dół i jak około godziny 14 dotarliśmy do schroniska Špindlerova Bouda to byliśmy około 250m niżej niż w okolicach Wielkiego Szyszaka. Pierwotne plany zakładały by tutaj zorganizować nocleg, ale szukając noclegu jeszcze przed wyruszeniem z Poznania okazało się, że niestety nie ma już wolnych pokoi. Skoro nie udało się z noclegiem to teraz skorzystaliśmy chociaż z oferty restauracji i skusiliśmy się na Smažený Sýr (295 koron) oraz piwo Kozel cerny. Rozgrzani i najedzeni ruszyliśmy dalej w stronę Śnieżki. Trasa była długa i raczej monotonna, ale dzielnie szliśmy dalej. Tym razem średnio wychodziło nam, że powoli wspinamy się i odzyskaliśmy te 250m wysokości. Dystans, który mieliśmy już w nogach dawał się we znaki i nie maszerowaliśmy już z taką werwą jak na początku wędrówki. Tempo się powoli obniżało między innymi dlatego, że na plecach mieliśmy po 12-15 dodatkowych kilogramów. Przed 17 dotarliśmy do schroniska Dom Śląski gdzie chwilę odpoczęliśmy i skonsumowaliśmy piwo i colę by trochę przyjąć kalorii. W schronisku trafiła nam się niezbyt miła przygoda na szczęście bez konsekwencji. Przechodząc między stołami obok Czeszki, która była w schronisku z pieskiem poczułem, że ten właśnie piesek próbował dziabnąć mnie w okolicach achillesa. Na szczęście miałem wysokie buty więc pies nic mi nie zrobił, ale Czeszka na zwróconą uwagę i pytanie czy pies jest szczepiony kompletnie nas zignorowała i szybko ewakuowała się zw schroniska. My spokojnie dokończyliśmy konsumpcję i kilka minut po 17 wyszliśmy na ostatni odcinek dzisiejszego marszu. Było to zejście w dół do naszego noclegu czyli do Bouda pod Sněžkou. Zejście nie było długie bo miało około 3km, ale za to było bardzo strome bo na tym dystansie było ponad 450 metrów różnicy poziomu. Średnio 15% co przy schodzeniu z ciężkimi plecakami bardzo odbiło się na naszych stawach kolanowych. Nie było lekko, ale nie mieliśmy innego wyjścia jak iść dalej. Szczególnie, że zbliżał się zmierzch a nikt z nas nie miał ochoty na wędrowanie z latarką. Po około godzinie od wyjścia z Domu Śląskiego i po ponad 9 godzinach od rozpoczęcia marszu dotarliśmy do celu. Była to 18:20 i było jeszcze całkiem jasno. Zaskoczyły nas pasące się obok hotelu lamy. Żartowaliśmy nawet, że już majaczymy po takim wysiłku albo po prostu dotarliśmy już do Chile i to stąd to skrajne wyczerpanie. Razem pokonaliśmy 28.6 km, a odliczając przerwy zajęło nam to niecałe 7.5 godziny. Całkiem konkretny dystans.