Tego dnia pobudka była przed 7 i wcale nie była ciężka bo dzień wcześniej o odpowiedniej porze położyliśmy się spać. Od rana było trochę zajęć bo oprócz śniadania musieliśmy spakować się, zanieść wszystko do garażu i przygotować się do wyprowadzki. Udało się to wykonać dosyć sprawnie i około 9:30 opuściliśmy apartament by ruszyć samochodem w stronę Szklarskiej Poręby. Trasa zajęła nam prawie godzinę, a na miejscu było trochę kombinowania ze znalezieniem miejsca parkingowego. Na szczęście w końcu udało się po drugiej stronie drogi nr 3, na przeciw początku szlaku na Kamieńczyk/Szrenicę (koszt parkingu 20 zł za cały dzień). Zapłaciliśmy blikiem i przed dziesiątą ruszyliśmy na szlak. Po przejściu 1 km zatrzymaliśmy się przy Wodospadzie Kamieńczyka, gdzie zdecydowaliśmy się na opcję ze zwiedzaniem. Niestety wiązało się to ze staniem w sporej kolejce i całość wraz ze zwiedzaniem zajęła nam około 30-40 min. Tuż przed dwunastą ruszyliśmy w dalszą drogę w kierunku Szrenicy. Szlak był bardzo nudny bo cały czas prowadził wybrukowaną drogą. Był bardzo łatwy technicznie, ale jednocześnie był bardzo wymagający ponieważ trasa non stop biegła pod górę i było to całkiem niezłe podejście. Marysia już po pierwszym kilometrze marudziła, że ją nogi bolą, że nie ma siły i chce wracać. Oczywiście nie daliśmy się nabierać na to narzekanie i szliśmy dalej. Tego dnia nie było na szlaku takich tłumów jak wczoraj. Około trzynastej dotarliśmy do schroniska na hali Szrenickiej, gdzie zatrzymaliśmy się na szybki posiłek (przesłodkie naleśniki z nutellą i bitą śmietaną) oraz napoje (kawa, piwo). O 13:30 ruszyliśmy dalej w kierunku Szrenicy. Ostatni odcinek zajął nam niecałe pół godziny i po wspięciu się na widokowy taras spędziliśmy tam chwilkę podziwiając widoki. Po kilku minutach zaczęliśmy schodzenie w kierunku górnej stacji wyciągu na Szrenicę. Tutaj ścieżką była wąska, a ludzi bardzo dużo. Na szczęście 90% to byli turyści, którzy przyjechali tu wyciągiem, więc po minięciu górnej stacji już bez tłoku ruszyliśmy ponownie w stronę hali Szrenickiej. Minęliśmy schronisko i skąd czekało nas już tylko zejście w dół do parkingu. Schodzenie ostro w dół po kocich łbach nie było męczące, ale za to mocno dawało się we znaki naszym stawom. Najwięcej siły miała ta, która najbardziej narzekała podczas wchodzenia czyli Marysia. To był istny wulkan energii. Nie tylko szła, ale też skakała, tańczyła i biegała góra dół. To pewnie po tych słodkich naleśnikach. Tuż przed końcem trasy zorientowaliśmy się, że nasze uszykowane na drogę kanapki cały czas leżą w plecakach. By ich przygotowywanie nie okazało się zbędne skusiliśmy się jeszcze na konsumpcję. Na parking, który był dla nas zakończeniem trekkingu dotarliśmy o 15:30. Łącznie przeszliśmy ponad 12.5 km w czasie prawie 5 godzin oraz ponad 700 metrów przewyższeń. Marysia mimo chwilowego marudzenia naprawdę dzielnie maszerowała i dała radę przejść całą trasę. Nie było potrzebne skracanie trasy, noszenie jej na barana i dzięki temu będzie mogła się chwalić w szkole, że weszła na 2 największe góry Karkonoszy: Śnieżkę i Szrenicę. Jak tylko zapakowaliśmy się do auta to szybko ruszyliśmy w kierunku Poznania.