Z Gruszczyna wyjeżdżaliśmy dosyć późno. Z góry zakładaliśmy, że piątek będzie dniem na dojazd. Nie mogliśmy ruszyć wcześniej bo czekaliśmy jeszcze, aż Marysia zakończy swoje szkolne zajęcia. Po 18 byliśmy pod szkolą, odebraliśmy dziecko po zajęciach i ruszyliśmy w stronę Karpacza. Wszystko szło zgodnie z planem przez pierwszą godzinę, ale wtedy będąc już pod Stęszewem zorientowałem się, że zapomniałem zasilacza do laptopa. Przez chwilę zastanawialiśmy się, co zrobić. Mogliśmy jechać dalej i jakoś poradzić sobie bez internetu, poszukać na OLX zasilacza do odbioru po drodze, na przykład we Wrocławiu, albo zawrócić do domu i nadrobić 50 km. Ostatecznie wygrała trzecia opcja. Wróciliśmy po zasilacz, zaliczyliśmy ekstra 2 godziny opóźnienia i dopiero o 20:15 ponownie ruszyliśmy w stronę Karpacza. Takie małe komplikacje trafiły się już na początku wyjazdu, a przecież dopiero co ruszyliśmy w drogę.