Pobudka była przed siódmą. Potem była szybka toaleta i ogarnięcie bagaży. Zdążyliśmy jeszcze zejść na czekoladę na gorąco do kuchni i o 08:15 spakowani opuściliśmy hostel by ruszyć w kierunku przystanku na autobus, który według planu miał być o 08:50. Pogoda nie była już tak łaskawa jak dzień wcześniej, trasę na przystanek pokonaliśmy w delikatnym deszczu. Zanim przyjechał autobus zatrzymaliśmy się jeszcze na chwilę w cafe Skye, gdzie chłopacy uraczyli się kawą. Był pomysł wypić jeszcze po piwku, ale ostatecznie uznaliśmy, że to by było przegięcie. Autobus przyjechał kilka minut przed czasem, ale zanim wszyscy się zapakowali to trochę czasu minęło i ruszyliśmy dokładnie zgodnie z rozkładem czyli o 08:50. Za oknem cały czas mieliśmy wspaniałe widoki ponieważ droga prowadziła wzdłuż wspaniałych morskich lochów (fiordów) i dzikich, zielonych wzgórz regionu Lochalsh. Bardzo żałowaliśmy, że nie było postoju obok Eilean Donan Castle. Kilka minut po 11 dotarliśmy do Fort William, gdzie podobnie jak podczas jazdy w drugą stronę był dłuższy postój. Wykorzystaliśmy go do kupienia przekąsek w pobliskim markecie. To było nasze śniadanie tego dnia. Fort Williams jest nazywany stolicą sportów na świeżym powietrzu w Wielkiej Brytanii i jest położone u stóp najwyższej góry kraju Ben Nevis. Po ruszeniu z Fort Williams mijaliśmy malowniczą dolinę Glen Coe, wzdłuż której przy drodze co chwilę były parkingi pełne samochodów turystów, którzy zatrzymali się tu by cieszyć oczy wspaniałymi widokami. Tuż za Glencoe mijaliśmy Rannoch Moor czyli surowe, rozległe i dzikie torfowiska. Całkiem długo jechaliśmy też wzdłuż Loch Lomond czyli największego jeziora słodkowodnego w Wielkiej Brytanii, leżącego na terenie Parku Narodowego Loch Lomond & The Trossaches. Każde z tych mijanych miejsc mogłoby być celem osobnej wycieczki do Szkocji. Do Glasgow dojechaliśmy punktualnie o 15:00. Jeszcze zanim dotarliśmy do Glasgow Grzegorz przebukował nasze bilety do Edynburga na wcześniejszy autobus. Dzięki temu o 15:35 ruszyliśmy w dalszą trasę. W autobusie przywitał nas polski kierowca co już zdarzyło się drugi raz podczas tego wyjazdu. Po półtorej godziny jazdy dotarliśmy do Edynburga. Z autobusu wysiedliliśmy w centrum bo to podobno najbliżej naszego hostelu. Wrzuciliśmy plecaki na plecy i ruszyliśmy. Mijaliśmy wiele interesujących miejsc, ale nie było czasu weryfikować co to. Z tych oczywistych była Royal Mile, na której pobłądziliśmy. Finalnie wyszło, że Grzegorz przepędził nas ponad 2 km przez centrum miasto. W końcu z sukcesem dotarliśmy do hostelu Safestay Edinburgh Cowgate (1791 zł za dwie noce). Jak już się zameldowaliśmy to pierwszą czynnością była szybka kąpiel, a potem ruszyliśmy na miasto. Pierwszy nasz cel to był Edinburgh Street Food gdzie zjedliśmy co nie co. Wybraliśmy Thai Spiced Calamari & Chips (13 GBP), Lamb Rogan Josh (12.5 GBP) oraz Pizza Quattro Formaggi (11.5 GBP). Całość doprawiliśmy piwkiem. Najedzeni skierowaliśmy się ponownie w kierunku centrum miasta oraz naszego hostelu. Ponownie trafiliśmy na Royal Mile i skręciliśmy na moment na uliczkę Victoria Street znaną z tego, że posłużyła jako inspiracja do stworzenia słynnej Diagon Alley, czyli Ulicy Pokątnej w książkach o Harrym Potterze. Stąd wybraliśmy się w kierunku hostelu i tuż obok weszliśmy jeszcze do pubu Stramash zlokalizowanego w budynku po kościele. Wnętrze było bardzo klimatyczne, wypiliśmy po jednym piwku i szybko wróciliśmy do hostelu. Jeszcze przed 22 leżeliśmy już w łóżkach. Tym razem mieliśmy układ 4 x single więc każdy miał swoje.