Mniej więcej godzinę po wystartowaniu zaczął się większy ruch na pokładzie bo stewardesy zaczęły roznosić zimne napoje. A zaraz po tym wjechały przekąski. Bardzo dobre bo były to po prostu kawałki szwajcarskiego twardego sera (obstawiamy, że Gruyère). Jeszcze tak dobrych przekąsek w samolocie nie mieliśmy. Marysia jako dziecko miała w samolocie specjalne traktowanie. Co chwilę dostawała jakiejś zabawki czy gadżety: pluszaki, gry, kredki czy kolorowanki, a jak chwilę potem zaczęło się podawanie obiadu to niczym pasażer VIP dostała swoją porcję jako pierwsza. My musieliśmy jeszcze troszkę poczekać, ale warto było bo nasz kurczak z gnocchi był naprawdę dobry. Pojawiła się kolejna runda, a nawet 2 z zimnymi napojami, a potem wszystko się skończyło i najedzeni pasażerowie w większości zaczęli drzemać. Na 2h przed lądowaniem był kolejny posiłek, tym razem była bardzo dobra sałatka z ziemniaków. Do posiłku oczywiście były kolejne 2 rundy napojów i tym sposobem najedzeni o napojeni powoli zbliżaliśmy się do lotniska. Wylądowaliśmy tuż po 13 czasu lokalnego. Jeszcze na pokładzie aktywowaliśmy kartę eSIM i szybko dokończyliśmy zgłoszenie w aplikacji MPC (Mobile Password Control). Dzięki temu uniknęliśmy stania w najdłuższej kolejce. Sama kontrola też była ekspresowa, padło kilka pytań o budżet, o plany, o noclegi czy czas pobytu i po chwili zostaliśmy wpuszczeni na terytorium USA. Ufff. Super ekspres, po 30 minutach od wylądowania mieliśmy ogarniętą kontrolę wizową, odebranie bagaży i czekaliśmy już przed budynkiem Terminala 1 na ciotkę aż nas odbierze samochodem. Pierwsze wrażenie po wyjściu z Terminala to straszny skwar (tego dnia w Nowym Jorku było 36 stopni). Na szczęście nie czekaliśmy długo bo po 5 minutach odnaleźliśmy się i ruszyliśmy w kierunku domu cioci Celi na Long Island.