Geoblog.pl    rataj    Podróże    Niemcy 2026    Park Safari Serengeti
Zwiń mapę
2026
05
cze

Park Safari Serengeti

 
Niemcy
Niemcy, Hodenhagen
POPRZEDNIPOWRÓT DO LISTYNASTĘPNY
Przejechano 512 km
 
Dzień rozpoczęliśmy około 7 rano. Po śniadaniu spakowaliśmy się i około 8:30 wyruszyliśmy do Serengeti Park. Podróż miała zająć około półtorej godziny, jednak przez wypadek na autostradzie wydłużyła się do ponad dwóch godzin. Na szczęście Google Maps odpowiednio wcześnie ostrzegło nas o utrudnieniach i mogliśmy zjechać na objazd. Na miejsce dotarliśmy po 10:30, akurat gdy rozpadał się ulewny deszcz. Bilety kupowaliśmy bez wychodzenia z samochodu, więc nie zmokliśmy, choć krople deszczu wpadały do środka auta. Nie kupiliśmy wejściówek wcześniej, ponieważ chcieliśmy skorzystać z promocji dla dziecka podróżującego z dorosłym. Problem pojawił się przy kasie ponieważ zapomnieliśmy wydrukować voucher i musieliśmy znaleźć go online przy bardzo słabym zasięgu. Po kilku minutach udało się jednak odnaleźć dokument i zaoszczędzić prawie 40 euro. Zapłaciliśmy 2 razy 49.5 euro za każdą osobę dorosłą plus 5 euro za parking. Po krótkim postoju ruszyliśmy na trasę samochodowego safari. Początkowo, z uwagi na deszcz, zwierzęta chowały się pod drzewami i wśród krzaków, przez co trudniej było je obserwować. Na szczęście po kilkunastu minutach opady ustały, a zza chmur wyszło słońce. Zwierzęta od razu stały się aktywniejsze i zaczęły podchodzić bliżej samochodów. Największe wrażenie zrobiły na nas białe lwy oraz ich bardziej pospolici kuzyni, których obserwowaliśmy zza zamkniętych szyb. Przy innych zwierzętach pozwalaliśmy sobie na otwieranie okien, ponieważ często zaglądały do środka auta w nadziei na smakołyk. Dromader i żyrafa niemal ocierały się o samochód, przechodząc przez drogę. Mała antylopa oraz struś emu z zaciekawieniem zaglądały do wnętrza pojazdu, a osioł (lub jakieś bardzo osłopodobne stworzenie) uparcie uderzał głową w szybę, próbując wymusić jej otwarcie i poczęstunek. Pod koniec przejazdu zatrzymaliśmy się na chwilę przy wybiegu słoni. Pokryte błotem słonie afrykańskie bawiły się tam, przepychając i siłując ze sobą. Cały przejazd zajął nam niespełna trzy godziny. Po opuszczeniu safari zostawiliśmy samochód na parkingu i ruszyliśmy do rozrywkowej części parku, pełnej rollercoasterów i innych atrakcji. Zaczęliśmy od karmienia kóz, które były tak spragnione jedzenia, że bez skrępowania wskakiwały brudnymi kopytami na każdego, kto trzymał karmę. Po karmieniu ubrania Karoliny nadawały się już tylko do prania. Na chwilę zajrzeliśmy również do cyrku na przedstawienie „Kilimandżaro – Duch Afryki”. Choć sporo było po niemiecku, nie zabrakło widowiskowych pokazów akrobatycznych, więc Marysi bardzo się podobało. Szczególne wrażenie robiły występy breakdance oraz akrobacje z ogromną obręczą. Zdecydowanie warto było poświęcić temu spektaklowi pół godziny. Prosto z cyrku wybraliśmy się na mokrą przejażdżkę „Mokora White Water Ride”. Marysia początkowo trochę się bała, ale po wszystkim stwierdziła, że było fajnie choć drugi raz już nie chciałaby płynąć. Gdy zastanawialiśmy się nad przejażdżką samochodem Big Foot, nagle rozpętała się prawdziwa ulewa połączona z gradobiciem. Na szczęście trwała zaledwie kilkanaście minut, po czym ponownie wyszło słońce. Ruszyliśmy więc na spacer po parku, zatrzymując się po drodze przy klasycznej karuzeli z konikami. Ta atrakcja wyjątkowo spodobała się Marysi — nie chciała z niej schodzić i ostatecznie zaliczyła aż trzy przejazdy. Kiedy ruszyliśmy dalej w stronę lemurów, znów zaczął padać deszcz. Schroniliśmy się na chwilę w sklepie z pamiątkami, a po drobnych zakupach kontynuowaliśmy zwiedzanie. Udało nam się odwiedzić dwa wybiegi z lemurami oraz zobaczyć pandę czerwoną, zanim ponownie zaczęło kropić. Tym razem poddaliśmy się i skierowaliśmy w stronę samochodu. Na szczęście deszcz szybko ustał. Po drodze minęliśmy bardzo sympatyczną karuzelę z pływającymi kaczkami i postanowiliśmy jeszcze z niej skorzystać. Tym razem bawiliśmy się wszyscy, więc zdjęcia robiliśmy już z perspektywy karuzeli. Tuż obok znajdował się autodrom, czyli znane z wesołych miasteczek samochodziki zasilane z sieci umieszczonej pod sufitem. Marcin od dzieciństwa, oglądając amerykańskie filmy, marzył o przejażdżce takim pojazdem. Tym razem udało się spełnić to marzenie, ponieważ wybraliśmy się tam całą rodziną. Marysi spodobało się tak bardzo, że chciała jeździć drugi i trzeci raz. Ostatecznie skończyło się na dwóch przejazdach. Kwadrans przed 17:00 wyjechaliśmy z parkingu. Rozważaliśmy jeszcze odwiedzenie Hildesheim oraz zamku Marienburg, ale z uwagi na późną porę zrezygnowaliśmy z dalszego zwiedzania i pojechaliśmy prosto do hotelu. Powrót ponownie nie obył się bez przygód ponieważ utknęliśmy w korkach na autostradzie. Do celu dotarliśmy po ponad półtoragodzinnej podróży. Po szybkim przebraniu się w hotelu ruszyliśmy na zakupy do Designers Outlet, gdzie po raz kolejny zostawiliśmy trochę pieniędzy w sklepie Skechers. Na zakończenie dnia wybraliśmy się na kolację do włoskiej restauracji L’Osteria. Już przy wejściu zauważyliśmy, że większość stolików jest zajęta, co zwykle dobrze wróży. I rzeczywiście — jedzenie okazało się znakomite. Za dwie ogromne pizze i napoje zapłaciliśmy około 50 euro. Najedzeni i zmęczeni pełnym atrakcji dniem wróciliśmy do hotelu i poszliśmy spać.
 
POPRZEDNI
POWRÓT DO LISTY
NASTĘPNY
 
Zdjęcia (19)
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
Komentarze (0)
DODAJ KOMENTARZ
 
zwiedził 14.5% świata (29 państw)
Zasoby: 462 wpisy462 277 komentarzy277 3116 zdjęć3116 129 plików multimedialnych129
 
Moje podróżewięcej
04.06.2026 - 07.06.2026
 
 
01.05.2026 - 12.05.2026
 
 
19.11.2025 - 06.12.2025