Po nocnej podróży postanowiliśmy dać sobie trochę luzu i dzień zaczęliśmy spokojniej. Pobudka była dopiero około 10. Rano ogarnialiśmy się jeszcze w nowym miejscu, a około 11 ruszyliśmy z kwatery na pierwsze zwiedzanie. Na śniadanie zatrzymaliśmy się w małej knajpce As Patinas przy naszej ulicy. Zamówiliśmy proste, ale naprawdę bardzo smaczne tosty, które idealnie sprawdziły się na spokojny start dnia. Później spacerem ruszyliśmy w stronę centrum Ribeira Brava. Pogoda niestety nie rozpieszczała, bo towarzyszyła nam lekka mżawka, a nisko zawieszone chmury skutecznie zasłaniały widoki. Nie byliśmy z tego powodu zachwyceni, ale na szczęście nie przeszkodziło nam to w odkrywaniu miasta. Będąc już w centrum miejscowości minęliśmy miejscowy kościół, jednak nie udało nam się wejść do środka, ponieważ akurat trwała msza. Po drodze odwiedziliśmy też Pingo Doce czyli portugalski odpowiednik Biedronki. Co ciekawe, oba sklepy należą do tego samego właściciela. Kolejnym punktem spaceru było wybrzeże Atlantyku w Ribeira Brava. Miasto było pełne kwiatowych dekoracji związanych prawdopodobnie z trwającym na Maderze Festiwalem Kwiatów. Zajrzeliśmy też na lokalny targ, gdzie kupiliśmy świeże pomidory i ogórki, ale największą atrakcją okazały się egzotyczne owoce. Oprócz papai spróbowaliśmy marakui-banana, czyli męczennicy bananowej, oraz bardzo ciekawego owocu delicjozy, znanego też jako ananaso-banan. To tak naprawdę owoc monstery dziurawej (Monstera deliciosa). Wygląda trochę jak zielona, podłużna szyszka, a smakuje jak połączenie ananasa i banana. Po około dwóch godzinach spacerowania wróciliśmy do kwatery, żeby chwilę odpocząć i przygotować się do dalszej części dnia.