Bardzo sprawnie i bez żadnych przygód dotarliśmy około 3:00 na parking Dein Stellplatz. Jak dotąd był to najlepiej zorganizowany parking, z jakiego korzystaliśmy. Kod QR zadziałał od razu. Przy wjeździe znajdowały się specjalne miejsca do wypakowania bagaży oraz zrobienia check-inu, podczas którego system przydzielał każdemu konkretne miejsce na całkiem sporym parkingu. Pozostało już tylko odstawić samochód i wrócić do recepcji, skąd co 20 minut odjeżdżał autobus na lotnisko. Wszystko działało szybko, sprawnie i bardzo profesjonalnie. Po kilku minutach byliśmy już w Terminalu 1. Check-in na lot wykonaliśmy wieczorem online, jednak nie udało się pobrać ani wydrukować wszystkich kart pokładowych. W związku z tym ustawiliśmy się w kolejce do stanowiska portugalskich linii TAP. Nie mieliśmy bagażu rejestrowanego, ale i tak musieliśmy swoje odstać. Na szczęście otwarte były cztery stanowiska, więc kolejka posuwała się dość sprawnie. Na miejscu okazało się, że samolot jest pełny i nasz bagaż podręczny będzie musiał trafić do luku bagażowego. Musieliśmy więc zrobić szybkie przepakowanie, a walizki zostały nadane bezpośrednio na Maderę. Z jednej strony było to trochę niewygodne, bo w Lizbonie nie mieliśmy dostępu do całego bagażu, ale z drugiej — poruszanie się po lotniskach stało się znacznie łatwiejsze i nie musieliśmy szukać dużych skrytek bagażowych. Coś za coś. Nasza bramka znajdowała się bardzo daleko, więc zaliczyliśmy długi spacer przez terminal. Podobnie było już w samolocie — nasze miejsca znajdowały się w ostatnich rzędach. Na szczęście weszliśmy na pokład jako jedni z pierwszych, więc nie musieliśmy przeciskać się przez tłum pasażerów. Samolot wystartował z około półgodzinnym opóźnieniem, jakby czekał na świt nad Berlinem. W końcu się doczekał i ruszył w niemal czterogodzinną podróż do Lizbony, a my rozpoczęliśmy walkę o choćby częściowe nadrobienie braków snu.