Nie wiem czy można to nazwać pobudką, bo prawie nie spaliśmy. Niemniej budziki zadzwoniły o 3:00 oznajmiając, że czas rozpocząć wyprawę na pociąg do Filadelfii, który wyrusza ze stacji Penn o 6:30. Bez śniadania i bez wielkich przygotowań spałowani wyszliśmy z mieszkania z walizkami tuż przed godziną 3:30. Najpierw czekał nas marsz około 500m do stacji metra, a już na samej stacji spacer farmera po schodach z walizkami. Metro przyjechało bardzo szybko bo mieliśmy tylko 3 minuty oczekiwania. Po dojechaniu do Broad Channel na przesiadkę czekaliśmy tylko 5 minut. Wszystko poszło bardzo sprawnie. W najgorszym scenariuszu zakładaliśmy 30-40 minut czekania na każdy z pociągów, a wyszło, że razem zmieściło się to w 10 minutach. Już o 3:52 siedzieliśmy w pociągu, który jechał do Penn Station. W środku było zaskakująco dużo ludzi jak na środek nocy. Głównie czarnoskórych, o których ciężko powiedzieć czy jechali do pracy czy jeździli metrem by pospać i jakoś spędzić noc. Mieliśmy wrażenie, że tym razem ekspresowa linia A zatrzymywała się na większej liczbie przystanków niż to było podczas poprzednich naszych kursów. Może w nocy przestawała być linią ekspresową. Po ponad godzinnej jeździe o 5:00 wysiedliśmy na stacji docelowej gdzie musieliśmy jeszcze poczekać na odjazd 1.5h. Niemniej lepiej być 90 minut wcześniej niż minutę za późno. Na stacji metra tak się skupiliśmy na szukaniu windy, że nie zauważyliśmy, że obok są schody prowadzące do tunelu bezpośrednio połączonego z dworcem Amtrak. My wyszliśmy ze stacji i bez ekstra płacenia nie było już powrotu. Na szczęście po wyjściu na ulice okazało się, że do pokonania mieliśmy jedynie jedno puste skrzyżowanie i już byliśmy w znanej nam hali Moynihan Train Hall. Tam skorzystaliśmy z bardzo wygodnej poczekalni, Marysia położyła się i troszkę pospała, niestety ktoś musiał czuwać więc my nie mieliśmy takiej możliwości. O 6:20 ogłosili numer peronu i zaczął się boarding. Po chwili siedzieliśmy już na wygodnych fotelach w naszym pociągu, który w kierunku Filadelfii ruszył z drobnym opóźnieniem o 6:35. Pierwsze kilometry jechaliśmy pod ziemią, a jak po 3 minutach wyjechaliśmy na powierzchnię to krajobrazy za oknem były już typowo podmiejskie a wieżowce Manhattanu widoczne były daleko.