Po krótkim marszu z Times Square, po przepychaniu się w ogromnym tłumie kilka minut przed 19 dotarliśmy pod Neil Simon Theatre. To dlatego, że na ten wieczór mieliśmy w planach obejrzenie w tym broadwayowskim teatrze musicalu MJ,. Bohaterem tego spektaklu był Michael Jackson czyli król popu, jeden z największy artystów wszechczasów. Bilety były kupowane na długo przed wylotem do Stanów w cenie 100$ za osobę. Ustawiliśmy się w długiej kolejce do wejścia, ale wszystko poszło bardzo sprawnie. Zarówno kontrola naszych plecaków, jak i kontrola biletów. Po wejściu obsługa była bardzo pomocna i kierowała wszystkich do właściwej części sali. Dzięki temu już po chwili siedzieliśmy na swoich miejscach i czekaliśmy na rozpoczęcie spektaklu. Obsługa poinformowała, że robienie jakichkolwiek zdjęć czy nagrywanie filmów jest zabronione co było dla nas oczywistością. Usiedliśmy wygodnie w fotelach i pełni wrażeń chłonęliśmy spektakl. 2.5h muzyki i tańca, z krótką przerwą w połowie musicalu zrobiło na nas niesamowite wrażenie. To było coś nieziemskiego, ogromny rozmach, perfekcyjne wykonanie i scenografia. Wystrzeliło nas w kosmos i po spektaklu długi czas nie mogliśmy się na ziemi odnaleźć. Absolutnie zbieraliśmy szczęki z podłogi przez cały spektakl! To nie był zwykły musical, to było potężne, elektryzujące widowisko, które od pierwszej do ostatniej minuty trzymało nas w totalnym zachwycie. Energia bijąca ze sceny dosłownie wgniatała w fotel, a teatr momentami zamieniał się w prawdziwy, tętniący życiem stadion koncertowy. Choreografia to było absolutne arcydzieło. Sposób w jaki odtworzono kultowe ruchy Michaela, od moonwalka po perfekcyjne układy w „Smooth Criminal” czy „Thriller” po prostu zapierał dech w piersiach. Odtwórca głównej roli nie tyle grał Jacksona co wręcz się w niego przeistoczył. Ten sam hipnotyzujący głos, identyczna maniera i niesamowita charyzma, która magnetyzowała całą widownię. Kiedy wybrzmiały pierwsze dźwięki „Billie Jean” i „Beat It” w całym teatrze panowało takie szaleństwo, że ludzie zrywali się do owacji jeszcze w trakcie piosenek. Ogromne wrażenie zrobiła na nas także zachwycająca, dynamiczna scenografia, która zmieniała się w mgnieniu oka i idealnie współgrała z genialną grą świateł. Scena płynnie transformowała się z surowej sali prób w potężne, pełne blasku areny koncertowe czy klimatyczne, teledyskowe plany zdjęciowe. Wizualne efekty w połączeniu z potężnym, nowoczesnym brzmieniem orkiestry, sprawiły, że poczuliśmy niesamowitą nostalgię i zdaliśmy sobie sprawę jakaż to ogromna szkoda, że nie można już obejrzeć Michaela na żywo. Na szczęście została po nim wspaniałą twórczość, którą w każdej chwili możemy sobie włączyć. Zachwyceni, zadowoleni i przemarznięci wyszliśmy z teatru. Warto zabrać bluzę z długim rękawem bo klimatyzacja działała na pełnej mocy. Trochę rozgrzaliśmy się podczas marszu do metra, którym w miarę sprawnie dotarliśmy do celu. Około 23:30 po ponad godzinnej jeździe zameldowaliśmy się w naszym mieszkaniu i mieliśmy jeszcze okazję podzielić się wrażeniami z Patrycją. Marysia bardzo szybko położyła się spać, a my pakowaliśmy się jeszcze do 1 w nocy. Tak zakończył się nasz ostatni, ale bardzo intensywny dzień w Nowym Jorku.