Pobudka tym razem była troszkę później bo 7:30. Tradycyjnie od rana śniadanie i przygotowania: ocena pogody, zakup biletów, wybór trasy itp. Z mieszkania wyszliśmy 9:20 i podobnie jak dzień wcześniej jechaliśmy metrem linii S, potem A, a na koniec była przesiadka na linie 4. Po drodze zrobiliśmy krótki postój na stacji nowojorskiego metra Hoyt-Schermerhorn Streets na Brooklynie. To tutaj kręcono słynny teledysk Michaela Jacksona „Bad”. Marysia by nam nie odpuściła gdybyśmy się tu nie zatrzymali. Ty sposobem dotarliśmy doczyścili przy 59st skąd był już tylko krótki spacer do stacji kolejki linowej na wyspę Roosevelt Island. Bez wahania skorzystaliśmy i już po 10 minutach byliśmy w wagoniku z którego podziwialiśmy panoramę Manhattanu, wyspę Roosevelta oraz most Ed Koch Queensboro. Na wyspie zrobiliśmy krótki spacer wzdłuż rzeki do parku Franklin D. Roosevelt Four Freedoms State Park. Tam był doskonały widok na siedzibę ONZ więc była okazja do zrobienia kilku zdjęć. Marysia podsumowała, że oni mają ONZ, a my NFZ czyli prawie tak samo. Szybko wróciliśmy do stacji kolejki i ponownie pokonaliśmy w wagoniku rzekę Hudson tym razem w kierunku na Manhattan. Stąd szybko wskoczyliśmy do metra by linią R podjechać do 5 ave a potem już tylko chwilka i kilka minut po 12 byliśmy już w Zoo Central Park. Spacer po zoo zajął nam 1,5h, a najbardziej podobały się nam pingwiny, lwy morskie i panda czerwona. Na koniec jeszcze weszliśmy do sklepu z pamiątkami skąd Marysia wyszła z dwoma maskotkami lwa morskiego i pandy czerwonej. Przy okazji wizyty w sklepie spotkaliśmy marynarzy z polskiego statku „Dar młodzieży”, z którymi wymieniliśmy klika słów. Po opuszczeniu zoo wychodząc z Central Parku skręciliśmy na chwilę w stronę skały Umpire Rock, na którą Marysia z ochotą się wspięła. Następnie skierowaliśmy się pod Radio City Music Hall, gdzie oczywiście zrobiliśmy kilka zdjęć i spotkaliśmy się z Partycją by wybrać się na wspólny lunch. Przeszliśmy kilka bloków by zjeść po słynnym burgerze w Shake Shack. Burgery były bardzo dobre, a gdyby jeszcze mieli polskie chrupiące bułki to byłyby idealne. Za 4 burgery, frytki i napój zapłaciliśmy 61$. Posileni we 4 ruszyliśmy w stronę Rockefeller Center, ale niestety obejrzeliśmy je tylko z daleka z uwagi na zorganizowaną tam strefę kibica (na mistrzostwa świata w piłce nożnej). Teoretycznie moglibyśmy wejść, ale okazało się, że mamy za duże plecaki. W okolicach nie było żadnych skrzynek by przechować bagaż więc skończyło się na zwiedzaniu z daleka. Tuż obok była Katedra św. Patryka, która była naszym kolejnym celem tego dnia. Katedra była imponująca, z ciekawymi malowidłami przy wejściu przedstawiającymi współczesnych ludzi co raczej nie jest spotykane w kościołach. Był też polski akcent w postaci kaplicy z obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej. W katedrze spędziliśmy trochę czasu z uwagi na potrzebę stania w kolejce do toalety, która była bardzo sprytnie ukryta w konfesjonale. Pod katedra pożegnaliśmy się z Patrycją, która wracała do domu, a my odwiedziliśmy jeszcze Trump Tower. Na 5 alei podziwialiśmy bardzo ciekawy budynek Luis Vuitton wystylizowany na stos ułożonych jedna na drugiej walizek (co ciekawe nie widzieliśmy by miał okna). Była już 16:30 wiec nasz czas na zwiedzanie powoli się kończył. Z 5 alei wskoczyliśmy do metra i podjechaliśmy pod słynny budynek Flat Iron. Stąd szybko ponownie metrem podjechaliśmy pod Empire State Building, który obejrzeliśmy z poziomu ulicy. Dalej już piechotą wybraliśmy się zwiedzić The New York Public Library oraz znajdujący się bardzo blisko Grand Central Station. Obejrzeliśmy dworzec z zewnątrz, zwróciliśmy uwagę na pobliski klasyczny drapacz chmur czyli Chrysler Building, ale największe wrażenie zrobiła na nas monstrualnych rozmiarów główna hala dworcowa. Nie było dużo czasu na zbieranie szczęki z podłogi więc szybko pomaszerowaliśmy na Times Square. Jak można było się spodziewać było tam kolorowo, jasno od wszystkich reklam oraz okrutnie tłoczno. Na nieszczęście zaczął delikatnie padać deszcz więc szybko zrobiliśmy kilka zdjęć i schowaliśmy się w sklepie Old Navy, z którego nie wyszliśmy z pustymi rękoma. Marysia załapała się w spodnie w stylu Michaela Jacksona, których nawet nie zdejmowała po przymierzeniu tylko z metką na tyłku poszła do kasy. Zbliżała się godzina 19 czyli koniec zwiedzania i nadchodził czas na specjalną atrakcję tego dnia, ale o tym już w osobnym wpisie.