Planowaliśmy wstać przed 7 by wcześniej wyruszyć i nadrabiać wczorajsze zaległości. Niestety było kilka drzemek i z naszych planów nic nie wyszło. Wstaliśmy chwilkę po 7 i kontynuowaliśmy pakowanie, o 745 dotarliśmy na śniadanie i zaraz po zrobilibyśmy check-out, zostawiliśmy bagaże w hotelu i około 9 ruszyliśmy na miasto. Krótki spacer do stacji metra, linia R i o 9 wysiadaliśmy przy Lafayette Square bo to stąd jest najlepszy widok na Biały Dom. Niestety to największe mocarstwo światowe obawia się swoich obywateli i Biały Dom wraz z otaczającymi go parkami był otoczony wysokim i szczelnym płotem. Widok był tylko z daleka i tylko przez oczka w płocie. Byliśmy bardzo zawiedzeni takimi decyzjami gospodarza Białego Domu. Niby światowe mocarstwo, niby wszyscy dookoła się go boją, a w swoim domu wstawiają płoty/bariery bo trzęsą portkami, że ktoś zajrzy, że ktoś coś zobaczy. A może poparcie tak spada, że jest strach przed protestami niezadowolonych wyborców. Przy takim odgrodzeniu Białego Domu nie spędziliśmy tam dużo czasu i udaliśmy się w kierunku Monumentu Waszyngtona, gdzie zatrzymaliśmy się tylko na moment by zrobić szybkie zdjęcia, a następnie poszliśmy w kierunku Narodowego Muzeum Lotnictwa i Przestrzeni Kosmicznej (National Air and Space Museum). Mimo problemów ze strefą kibica, przez którą nasza trasa kolejny raz wydłużyła się o prawie kilometr pod muzeum dotarliśmy 5 minut przed otwarciem. Ustawiliśmy się w całkiem sporej już kolejce i czekałyśmy. O 10 otworzyli bramy i całkiem szybko u sprawnie mimo dużej ilości ludzi weszliśmy do środka. Tutaj była naprawdę dokładna kontrola. Tylko w Kapitolu była bardziej szczegółowa. O 10:10 zaczęliśmy zwiedzanie. Ekspozycja muzeum była bardzo ciekawa i nie ma co się dziwić ilości chętnych do odwiedzenia. Nam najbardziej się podobały: samolot braci Wright, moduł dowodzenia Columbia z misji Apollo 11, skala pochodząca z księżyca, kapsuła Blue Origin New Shepard, replika bomby zrzuconej na Hiroshimę czy eksponaty z filmu Gwiezdne Wojny jak R2-D2 słynny droid czy myśliwiec T-70 X-wing Starfighter. Chętnie byśmy dłużej tam zostali , ale czas był ograniczony więc skończyliśmy około 11:30. Po wyjściu skierowaliśmy się do Narodowego Muzeum Historii Ameryki (National Museum of American History). Ponownie musieliśmy obejść dookoła Fan Zone i naszą trasa biegła tuż obok Washington Monument. Z krótkim postojem na przekąski do celu dotarliśmy po 12. Trochę się zdziwiliśmy gdy na wejściu poprosili nas o bilety. Wg naszej dotychczasowej wiedzy tam bilety nie były wymagane. Uznaliśmy, że pewnie się pomyliliśmy więc posłusznie zawnioskowaliśmy o darmowe bilety i po chwili byliśmy w środku. Pierwsze kroki skierowaliśmy do informacji i tutaj podczas rozmowy nie wszystko nam się zgadzało. Po kliku zdaniach okazało się, że pomyliliśmy muzea. Omyłkowo podeszliśmy do National Museum of African American History and Culture. Szybko skierowaliśmy się do tęgo właściwego i o 12:30 byliśmy już w środku. Największe wrażenie zrobiły na nas: cylinder Abrahama Lincolna, który prezydent miał na sobie w noc zamachu, kolekcja sukien Pierwszych Dam, oryginalny kostium C-3PO z Gwiezdnych Wojen, charakterystyczne, żółte kombinezony ochronne i maski, które używał Walt z serialu Breaking Bed. Muzeum było bardzo ciekawe i nawet z limitowanym czasem warto zajrzeć. My wyszliśmy z muzeum około 14:15 i to był koniec odwiedzania muzeów tego dnia. Po wyjście udaliśmy się prosto w kierunku Mauzoleum Lincolna. W kierunku to dobre słowo bo spora część ścieżek była pozamykana. Ogrodzony był nawet słynny Reflecting Pool przez, który filmowa Jenny wskakiwała do wody i biegła w stronę Foresta Gumpa. Po drodze mijaliśmy jeszcze National World War II Memorial . Na koniec dotarliśmy w końcu do Mauzoleum Abrahama Lincolna. Ogromny posag prezydenta robił wrażenie. O 15:15 zakończyliśmy zwiedzanie i zaczął się powrót na parking po samochód. Najpierw piechotą musieliśmy dotrzeć całkiem spory kawałek do metra. Wsiadaliśmy do linii B z przystanku Foggy Bottom-GWU (blisko George Washington University) do stacji Metro Center, a potem linią R do NoMa Gallaudet U. W drodze między stacją metra a parkingiem wstąpiliśmy do Moe’s Southwest Grill gdzie skusiliśmy się na burrito. Każdy z nas zdecydował się na inny zestaw składników, ale wszystkim bardzo smakowało. Było po 16:30 gdy po zjedzeniu swoich porcji ruszyliśmy w kierunku parkingu, by wrócić w aucie pod hotel i odebrać nasze bagaże. Nie zajęło nam to dużo czasu i około 17 już ruszaliśmy by opuścić Waszyngton.