Do Filadelfii na dworzec kolejowy William H. Gray III wjechaliśmy kilka minut przed 8. Pierwsze czym się zajęliśmy to przechowalnia bagażu. Mieliśmy informację, że w Amtrak z ważnym biletem można skorzystać w cenie 10$ dziennie za sztukę. Niestety nie było to prawdą bo cena była 20$ (pewnie na mistrzostwa zrobili promocje +100%). W związku z tym najpierw obejrzeliśmy ten przeogromny dworzec , a następnie z użyciem aplikacji Bounce znaleźliśmy alternatywne miejsce na przechowanie gdzie za 22$ zostawiliśmy 3 sztuki. Punkt znajdował się przy skrzyżowaniu Arch St oraz N 22nd St jakieś 400m od dworca, ale pozwalał na zaparkowanie auta podczas odbierania bagażu co miało dla nas ogromne znaczenie. Ponieważ było to przy sklepie i fast food to zdecydowaliśmy się skorzystać i zjeść tam śniadanie (ok 15$). Na zwiedzanie ruszyliśmy około 9:15 i pierwsze kroki skierowaliśmy w stronę Benjamin Franklin Pkwy wzdłuż, której udaliśmy się pod Philadelphia Museum of Art. Muzeum tego dnia było zamknięte, ale to nie ono było naszym celem lecz schody, których sława wzięła się od sceny treningu w filmie Rocky. To po tych schodach wbiegał Sylvester Stallone przygotowując się do swojej walki. Zanim dotarliśmy po muzeum podziwialiśmy Washington Monument oraz ekipy rozmontowujące instalacje strefy kibica. Jak widać w Filadelfii mundial już się skończył. Przez tę strefę kibica nie mogliśmy normalnie dotrzeć na schody pod pomnik Rocky-ego (podobnie jak to było w Nowym Jorku w Rockefeller Center). Musieliśmy nadłożyć drogi i obejść całe wzgórze z muzeum by od tyłu dojść do szczytu schodów czyli celu naszej wizyty tutaj. W upale jaki panował tego dnia (ok 30 stopni i słońce non stop) nie było to nic przyjemnego. Same schody też częściowo były niedostępne i nie mogliśmy wbiec całego dystansu jak to robił Sylwek. Wbiegliśmy tyle na ile pozwalały dostępne schody i nakręciliśmy kilka filmów dla każdego z nas. Przy okazji robienia zdjęć z figurą Rockiego podszedł do nas jakiś koleś i zaoferował pomoc w zrobieniu zdjęcia. Zgodziliśmy się, ale w momencie gdy zaczął nas ustawiać, proponować pozy, zmieniać kadry i profile to już wiedzieliśmy, że daliśmy się nabrać i koleś będzie coś za to chciał. Na koniec dostał drobny napiwek, a my ruszyliśmy dalej by idąc ponownie Benjamin Franklin Pkwy dotrzeć do ratusza. Idąc tą piękną aleją sprawdzaliśmy flagi wszystkich krajów świata. Widzieliśmy, że kraje są poustawiane w kolejności alfabetycznej, ale nieco nas zaskoczyło, że pomiędzy Peru, a Portugalią nie znaleźliśmy flagi Polski. Już nawet uznaliśmy, że widocznie nas tu nie lubią. Szliśmy dalej i w połowie drogi trafiliśmy na Logan Square z piękną fontanną na środku. Już samo siedzenie przy fontannie dawało ochłodę bo wiatr zawiewał na nas przyjemną bryzę. Ochłody w fontannie szukała też spora grupa dzieciaków, więc Marysia też się skusiła. My również zanurzyliśmy na chwilę stopy co było doskonałym pomysłem. Lekko schłodzeni ruszyliśmy dalej. Po drodze trafiliśmy na Katedrę św Piotra i Pawła, do której z przyjemnością zajrzeliśmy chowając się na chwilę przed piekącym słońcem. Kawałek dalej był pomnik Kopernika i to na jego wysokości wisiała polska flaga. Tym sposobem wyjaśniła się zagadka, która nurtowała nas wcześniej. W tym upale nie utrzymywaliśmy szybkiego tempa i tuż obok placu Love (JFK) zrobiliśmy kolejny postój na lody w kawiarnii Capriccio. Na placu Love również była fontanna więc przejście obok pozwoliło się troszkę schłodzić. Podobnie jak fontanna tuż przed Ratuszem, w której Marysia postanowiła się popluskać podczas gdy my podziwialiśmy przeogromny filadelfijski Ratusz. Spod ratusza skręciliśmy w ulicę Market str. by odwiedzić historyczną część miasta. Jak już dotarliśmy to pierwsza była wizyta by zobaczyć dzwon The Liberty Bell. Kolejka była na około 15 minut więc całkiem sprawnie to poszło i mogliśmy obejrzeć ten ważny dla Amerykanów eksponat. Tuż obok był budynek Independece Hall czyli miejsce gdzie w 1776 roku podpisano deklarację niepodległości. Niestety przegapiliśmy właściwy moment i nie udało się nam zarezerwować darmowych biletów do tej atrakcji. Weszliśmy na teren bezpośrednio przylegający do Independence Hall i jak widzieliśmy zbiórkę wycieczki na godzinę 13 to zapytaliśmy o opcje wejścia bez zakupionych biletów. Strażnik wyraził zgodę i dzięki temu mimo naszego gapiostwa udało się odwiedzić to miejsce. Cała wycieczka trwała około 20 minut podczas, których przewodnik opowiadał o wydarzeniach związanych z tym budynkiem oraz o okolicznościach podpisania Deklaracji Niepodległości prawie równe 250 lat temu. Po wycieczce ruszyliśmy dalej by odwiedzić uliczkę Elfreth”s Alley, najstarszą nieprzerwanie zamieszkaną ulicę w USA. Odwiedziliśmy też Dom Betsy Ross, w którym według tradycji mieszkała kobieta uważana za twórczynię pierwszej flagi USA. Następnie zrobiliśmy przerwę na posiłek i weszliśmy do Campo”s Cheesesteaks & Hoagies na słynne filadelfijskie długie bułki wypełnione cienko pokrojoną wołowiną i roztopionym serem. My trafiliśmy na wersje z dodatkową smażoną cebulą i pieczarkami. Za taki obiad zapłaciliśmy 57$ (17$ za cheesesteaka). Było bardzo tłusto i bardzo ciężkie do jedzenia. Smakowo nie było źle, ale do wow trochę brakowało. Jak dla nas to brakowało wyrazistości i przypraw. Posileni przeszliśmy się jeszcze nad brzeg rzeki Delaware co nie było takie proste ponieważ konieczne było pokonanie autostrady. W jednym miejscu nam się to udało, ale nie zachwyciło nas to więc szybko wróciliśmy na ulice centrum Filadelfii. To był koniec planów turystycznych na dziś. Pozostało nam tylko wrócić w okolice ratusza i zbierać się do odebranie auta. W drodze powrotnej idąc ulicą Market str zaczęły nas dopadać problemy żołądkowe. Organizmy pilnie domagały się wizyty w toalecie. Skręciliśmy szybko do pobliskiej galerii handlowej gdzie na szczęście udało się znaleźć toaletę. Najwyraźniej cheesesteaki nie pozwalały nam o sobie zapomnieć. O 16 ponownie byliśmy pod City Hall (Ratusz) gdzie na chwilę usiedliśmy w cieniu a Marysia kolejny raz zdjęła buty by pobiegać po fontannie. Przed 17 byliśmy już ulicę dalej w Budget by odebrać auto. Tak jak się spodziewaliśmy zarezerwowana Toyota RAV4 zamieniła się w Chevroleta Trailblazer. My obstawialiśmy jakiegoś Chevroleta lub VW. Wyjechaliśmy około 18 i pierwsze było odebranie bagażu z przechowalni oraz pakowanie walizek w skromnym bagażniku (dopiero obniżenie podłogi w bagażniku pomogło). Ruszając spod wypożyczalni był już prawie pusty bak więc naszym kolejnym celem była wizyta na stacji benzynowej, a następnie zakupy w pobliskim Walmart. Przed 19 ruszyliśmy w stronę Baltimore.